Moje relacje

niedziela, 9 lutego 2020

Turystyczne piekiełko Khaosan Road

Dzień 4 cd., Khaosan Road - Bangkok (Tajlandia)

Choć Khaosan Road jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Bangkoku, to okazało się, że najwygodniej będzie nam tam dojechać z Sukhumvit nie kolejką MRT, ale autobusem. I świetnie, bo było to też znacząco tańsze rozwiązanie. Wykonanie okazało się mniej łatwe niż przedstawiała nam to mapka Google. Nachodziliśmy się w tę i we w tę w poszukiwaniu nieoznaczonego przystanku w postaci choćby grupy oczekujących pasażerów, ale nic z tego. Kiedy już mieliśmy się poddać, zobaczyliśmy, że oto nadjeżdża nasz autobus! Nie wyglądał, jakby miał zjeżdżać gdziekolwiek na przystanek, ale zaczęliśmy machać łapami i koniec końców jakoś udało nam się wtargnąć do środka.

W Tajlandii nie kasuje się biletów, ale to nie znaczy, że można jeździć za darmo. Tam po prostu są kasjerzy, czy może konduktorzy, którzy pilnują, kto wsiada, i sami pobierają odpowiednią opłatę (9 THB za osobę!). Próbowaliśmy dowiedzieć się od pani kasjerki, czy faktycznie uda nam się dojechać na Khaosan, ale zdolności lingwistyczne obu stron zawiodły, a my postanowiliśmy dać temu przejazdowi szansę. Zasiedliśmy dumnie na miejscach przy silniku i tak oto rozpoczęliśmy wesołą podróż autobusem w bangkokowych korkach, posuwając się ślimaczym tempem (a kolegę powiadomiliśmy o prawdopodobnym spóźnieniu).

Hipnotyzujące światła samochodów
Wysiedliśmy na przystanku, który podpowiadały nam mapy Google i stamtąd ruszyliśmy pieszo na zwiedzanie jednej z najbardziej znanych turystycznych ulic świata. Po drodze, w jednym z miliona 7/11, zakupiliśmy jeszcze Red Bulla, czy może Krating Daeng, bo pod taką nazwą kupić można energetyk, który oryginalnie pochodzi właśnie z Tajlandii. Różni się on jednak od tego, którego znamy z europejskich sklepów. Jest sprzedawany głównie w niewielkich, plastikowych butelekach. W smaku - choć podobny - to jest wyczuwalnie słodszy. Najbardziej dziwi jednak to, że napój jest niegazowany!

W końcu udało nam się odnaleźć z kolegą. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy posiadaczami pustych brzuchów. Choć mijaliśmy McDonalda (a z ciekawości zajrzałam, czy w menu znajduje się jakaś orientalna pozycja - ale nic mnie nie skusiło), równie zgodnie uznaliśmy, że przebywając na Khaosan Road, należy spożywać street food.

A na Khaosan jest tego mnóstwo. W ogóle wszystkiego jest MNÓSTWO. Turystów, stoisk z badziewiastymi pamiątkami, sklepików z koszulkami z głupawymi napisami i obrazkami, naganiaczy, sprzedawców wątpliwych towarów, klubów, które walczą o klientelę za pomocą głośników, a melodie z nich płynące nieznośnie się przenikają, tak że z muzyką ma to już niewiele wspólnego.


Towarów nie oglądaliśmy z bliska. Rzucałam okiem tu i ówdzie, bo przecież przyjechałam do Tajlandii z lekkim plecakiem i przekonaniem, że ho, ho! tutaj to nakupuję ciuchów i stanę się stuprocentową turystką w luźnych spodniach w słonie. Ale ani asortyment, ani ceny nie przekonywały, by zainteresować się bardziej.

Zapragnęłam jednej rzeczy. Drewnianego żółwia, po którego grzbiecie sunie się patykiem, aby wydobyć odgłos przypominający cykanie świerszczy. Będąc oszczędni od początku podróży, na zakup się nie zdecydowaliśmy, ale nic to - takie cudo widziałam nawet w sklepie muzycznym w rodzinnym mieście.

Kiedy już stwierdziliśmy, że mamy dość przeciskania się w tłumie i nic nowego nie zobaczymy (bo Khaosan to taka zapętlona ulica, ze skopiowanymi widokami, wciąż to samo - jak w starych platformówkach), rozpoczęliśmy poszukiwanie jedzenia. Nie oczekiwaliśmy spektakularnych dań. Wcześniej naczytaliśmy się niepochlebnych opinii o tutejszej (khaosańskiej, nie tajskiej) kuchni, więc i zawiedzeni nie byliśmy, gdy skosztowaliśmy wreszcie naszych makaronowych pad thai. Oczywiście żądni wrażeń turyści mogą spróbować skorpionów i innych karaluchów nabitych na patyk (lub za parę monet zapozować z nimi tylko do zdjęcia, imponującego znajomym), ale naszym priorytetem było zaspokojenie głodu. A tak naprawdę to mnie po prostu do aż tak ekstramalnych przeżyć nie ciągnie. :)

Pad thai w smaku nijaki, ale widok miły

Wkrótce potem przeszliśmy na piechotę w okolice naszego noclegu. Tam poszliśmy jeszcze na drinka. Oj, długo się głowiłam, która nazwa najbardziej mi odpowiada, zrobiłam nawet research, żeby wybrać ten odpowiedni. Padło na Mai Tai. I, zgodnie z moim szczęściem, dostałam zupełnie inny.

W końcu przyszła pora rozstania z kolegą, bo ni stąd, ni zowąd, nagle mi się przypomniało, że nasz lot jest sporo wcześniej, niż nam się wydawało. Trzeba więc było wstać o drugiej czy trzeciej w nocy, a przecież po takim długim dniu należał się prysznic, do tego trzeba było się spakować i... właściwie czy był sens się kłaść?

W drodze do hotelu na Rambuttri próbowaliśmy jeszcze kupić jakieś ubrania, ale sprzedawcy byli nieugięci i w ogóle niechętni do negocjacji. Aż wtem natrafiliśmy jeszcze na sklep odzieżowy jakiegoś sympatycznego Hindusa i upatrzyliśmy tam dwie ładne sukienki. M. wytargował stosunkowo dobrą cenę, chociaż oczywiście nie przestawałam sobie zadawać pytania, czy na pewno potrzebowałam tych ciuchów? Teraz spoiler: jedna okazała się kiepskiej jakości (i uszkodziła się w praniu), druga świetnej. Obie nadal lubię nosić.

Kiedy wróciliśmy do hotelu, o prysznic wcale nie było łatwo. To był jeden z nielicznych noclegów, podczas których zdecydowaliśmy się na pokój ze wspólną łazienką (a przypomnę, że to był wynik ciągu niepomyślnych wydarzeń). Czatowaliśmy więc, nasłuchując pod drzwiami, i zaatakowaliśmy łazienkę, gdy tylko pojawiła się możliwość.

A potem nastał bardzo krótki sen...

czwartek, 2 stycznia 2020

Tajemniczy los Jima Thompsona i piękno, które pozostało - Bangkok

Dzień 4 cd., dom Jima Thompsona i dzielnica Sukhumvit - Bangkok (Tajlandia)

Uroki spaceru nad kanałem Khlong Saen Saeb w Bangkoku są dokładnie takie, jak można się spodziewać - jest klimatycznie, choć czuć specyficzny zapach niekoniecznie czystej wody, na której pędzący tramwaj wodny, niemiłosiernie przy tym hałasując, tworzy całkiem spore fale. Tak - tramwaj się nie guzdrze, jest szybkim środkiem transportu, pozwalającym uniknąć korków, o czym będziemy mieli jeszcze okazję się przekonać. Na pewno nie jest wycieczkowym promem, który można wykorzystać jako sposób zwiedzania, tak jak na przykład bezpłatny prom dla mieszkańców Staten Island w Nowym Jorku.

Kanały w Bangkoku to swoisty mikroklimat
Szybki, ciekawy i tani środek transportu - tramwaj wodny
W drodze do kolejnej atrakcji przechodziliśmy pod mostem czy może pod wiaduktem (pamięć mnie zawodzi) mijaliśmy sklepiki i bary, w których niekoniecznie chcielibyśmy stołować - ale jednak ludzie coś tam jedli i żyli, więc może okazaliśmy się tylko uprzedzonymi Europejczykami. Przechodziliśmy również obok ołtarzyka, stanowiącego częsty widok w tym kraju, który na naszych białych twarzach wywoływał uśmiech, ale dla Tajów jest czymś normalnym, jak dla nas krzyż na rozstaju dróg lub figurka Maryi od mało utalentowanego rzeźbiarza.

Mieszkańcy dobrze wiedzą, czego chcą lokalne bóstwa w tym upale - gazowanych napojów
Po niedługiej przechadzce dotarliśmy do celu - zadbanej ulicy, dochodzącej do kanału, przy której mieścił się dom Jima Thompsona. Któż to taki? Nie chodzi o pisarza o tym samym imieniu i nazwisku, tylko o amerykańskiego weterana, który zakochał się w Tajlandii i po II wojnie światowej osiadł tu na stałe. Miał pomysł, zapał i talent do biznesu, dzięki którym wzbogacił się na eksporcie jedwabiu tkanego tradycyjnymi metodami. Robił to z sercem i z szacunkiem dla tajskiej kultury, co doskonale widać w tym wszystkim, co po sobie zostawił - zabytkowych zbiorach (najstarsze dzieła sięgają VI-VII w. n.e.), egzotycznym ogrodzie, a przede wszystkim architekturze domostwa. Składa się na nie kilka drewnianych budynków, które nie zostały tu wybudowane, a przetransportowane i wzajemnie połączone.

Kompleks siedmiu połączonych ze sobą tradycyjnych chat
Bajeczne kolory jedwabiu
Niepozorny proces powstawania efektownych materiałów
Z Jimem H.W. Thompsonem, zwanym "Królem Tajskiego Jedwabiu", łączą się teorie spiskowe, szpiegowskie historie i najsmutniejsza z tajemnic - zaginięcia podczas wakacji w Malezji w 1967 roku. Ciała mężczyzny nigdy nie odnaleziono pomimo przeprowadzonej akcji poszukiwawczej. Pozostało jednak piękno, które wokół siebie zgromadził, a którym opiekuje się teraz fundacja jego imienia.

Zabytkowy ryt i waza ze zbiorów
Też macie skojarzenia z naszymi szopkami?
Dom można zwiedzać za 200 bahtów (nieco ponad 20 zł) i tylko w zorganizowanej formie. Plecaki, torby i saszetki/nerki (sic!) trzeba zostawić w szafkach. Można wziąć ze sobą aparat, jednak zdjęcia i filmowanie we wnętrzu budynków są niedozwolone (bardzo przykra sprawa). Co więcej, trzeba zdjąć buty (a zapachy przy półkach z pozostawionym obuwiem są średnio znośne). Wycieczka trwa około 45 minut, a dobrze poinformowanej i sympatycznej przewodniczce (nie wiem, czy byli w gronie przewodników panowie) można zadawać pytania.

Pracownicy i pracownice noszą tajskie ubiory
Mina pracownika wskazuje, że chyba wyczuł przekręt - zdjęć nie robimy!
W ogrodzie nie czuć, że to centrum Bangkoku
Po wszystkim (lub przed) można udać się do kawiarni lub zaopatrzyć w sklepie z pamiątkami. My nie ryzykowaliśmy. Tanio na pewno nie jest, a tylko serduszko zaboli na widok pięknego, jedwabnego szala.
Dom Jima Thompsona to punkt zdecydowanie warty odwiedzenia na mapie Bangkoku. Panuje tu wyjątkowa atmosfera - można sobie spróbować wyobrazić, jak cudownie musiało tu być w latach 50.!

Magiczna atmosfera miejsca urzeka
Otoczenie cieszy oko barwami

Po zwiedzaniu wybraliśmy się na americano w losowym, ale klimatyzowanym miejscu, po czym rozstaliśmy się z kolegą, umawiając na wieczór. Sami ruszyliśmy na dalsze poznawanie miasta - tym razem jego nowoczesnej odsłony, czyli Sukhumvit (filmik w poprzednim poście). Wysiada się na stacji MRT wśród plątaniny wiaduktów. Trafiliśmy na doskonały moment, kiedy Tajlandczycy przystanęli na czas wysłuchania hymnu narodowego. Nikt nie śmiał drgnąć, a jednak nie wszyscy odłożyli telefony. Gdy tylko melodia ucichła, wszyscy podążyli w obranych wcześniej kierunkach, jak gdyby nigdy nic. Bo tak właśnie dzieje się w miejscach publicznych każdego dnia o godzinie 8 i 18.

Przy stacji Sukhumvit MRT

To w Sukhumvit znajduje się wielkie centrum handlowe Terminal 21 i dzielnica (a właściwie ulica) czerwonych latarni - Soi Cowboy. Pierwszego nie odwiedziliśmy, bo i po co, a drugiego też nie z powodu moich delikatnych obiekcji, czyli niechęci do oglądania podstarzałych zachodnich turystów z tajskimi nastolatkami u boku (sławetne ping-pongowe show też nie trafia w moje gusta). Być może umknął nam tutejszy folklor, lecz wystarczyło nam, że pokręciliśmy się po okolicy wśród pnących się w górę wieżowców, naoglądaliśmy się niekończących się sznurów pojazdów - po jednej stronie migoczących światłami w kolorze żółci i bieli, po drugiej czerwieni - i zjedliśmy pysznego ananasa, którego kawałki nadziewaliśmy na patyk.

Widok zza szyby - tajskie kontrasty
Gdzie nie spojrzeć - wieżowce
Tysiące czerwonych światełek
Mniej czuć tam klimat Mega-City One z Dredda, ale nadal wydawał się to świat przyszłości. Na nas przyszedł jednak czas i trzeba było znaleźć transport do niegdysiejszej mekki hippisów.


Przydatne informacje:
Atrakcje:
- Dom Jima Thompsona (200 THB; 9-18)

sobota, 30 listopada 2019

Leżący Budda z metra cięty (właściwie to z czterdziestu sześciu metrów)

Dzień 4, Wat Pho - Bangkok (Tajlandia)

Nasz pociąg miał ruszać o 7:19. Wstałam o wczesnej porze, by jeszcze na spokojnie przyjrzeć się wschodzącemu słońcu i posłuchać odgłosów poranka nad rzeką Kwai. Obudziłam M., zjedliśmy niekoniecznie pyszności, kupione poprzedniego wieczoru na festynie i ruszyliśmy, by w około 20 minut dojść na dworzec. Poprzedniego wieczoru odebraliśmy z recepcji nasz depozyt, więc pozostało nam zostawić za opustoszałą ladą kluczyk od... kłódki, która stanowiła zamek naszego pokoiku. Następnie pożegnał nas widok okolicznego psiego gangu, czyli ganiające się znacznej wielkości kundelki. Na stacji kupiliśmy bilety i dłuższy czas musieliśmy czekać na niepunktualny pociąg. Może i byliśmy niewyspani, ale zdecydowanym plusem podróżowania o tej porze było to, że poranki to jedyna pora dnia, kiedy nie jest gorąco. Nawet wieczorami nie można liczyć na przyjemny chłodek.



O 10:25 mieliśmy dojechać do Bangkoku, ale oczywiście byliśmy tam nieco później. Od razu ruszyliśmy do taksówki, w której kierowcą był starszy Taj o nieszczerym - i bezzębnym - uśmiechu. Sto razy powtórzyłam, że chcemy jechać z taksometrem, ale jednak wsiedliśmy do auta, nie będąc pewnymi, czy się dogadaliśmy. Po dojechaniu na miejscu okazało się, że taksówkarz oczekiwał niezasłużonych 200 bahtów, jednak koniec końców skończyło się na mniejszej kwocie. Dałam mu banknot stubahtowy i na prośbę dorzuciłam pierwszą monetę, jaka nawinęła mi się do ręki. I jemu, i nam pozostał niesmak, oboje czuliśmy się oszukani - ale żadne nie było szczególnie stratne. Dopiero potem obejrzeliśmy nagranie, z którego zrozumieliśmy, że rzeczywiście on gadał swoje, a my swoje. Była to dla nas nauczka, by w przyszłości zawierzyć Grabowi, czyli ichniemu Uberowi, gdzie koszt jest z góry oszacowany i naliczany elektronicznie, więc o krętactwie nie było mowy. Być może przejazdy kosztowały nieco drożej niż taksówki z taksometrem, ale na pewno mniej niż te prowadzone przez kanciarzy, którzy taksometru nie włączali.

Dojechaliśmy w każdym razie do tradycyjnego tajskiego drewnianego domu, znajdującego się niedaleko turystycznych miejscówek. Mieliśmy zarezerwowany droższy pokój, bo zależało mi na ładnym, klimatycznym noclegu. Co prawda brakowało tam klimy i podobno dom upodobały sobie również karaluchy, ale się uparłam. Mieliśmy lekki problem ze zlokalizowaniem miejscówki, ale w końcu zostaliśmy wpuszczeni przez starszą, niekoniecznie sympatyczną gospodynię. Ze zdziwieniem minęliśmy napis, głoszący, że Tajowie nie mają tu czego szukać, i weszliśmy do zakurzonego wnętrza. Gospodyni zaczęła szukać naszej rezerwacji, więc pośpieszyłam z pomocną informacją, że dokonaliśmy jej przez serwis Agoda.

- Agoda? Agoda nie. Tylko Booking - odpowiedziała staruszka łamaną angielszczyzną, ku naszemu niedowierzaniu.

Pani nie dała sobie wytłumaczyć, że jednak "Agoda tak", bo jej dom właśnie na tym serwisie się znajduje, i mieliśmy potwierdzoną rezerwację, i w ogóle co ona wygaduje. Uniosłam się dumą i stwierdziłam, że na pewno nie będę robiła innej rezerwacji na to lokum i napiszę do Agody skargę, co uczyniłam. I choć reakcja była szybka - przeprosiny i zapewnienie, że żadnych kosztów nie poniesiemy - to noclegownia dalej się na tym serwisie znajduje.

Zostaliśmy na lodzie. Nie mieliśmy ochoty brać już żadnej taksówki, stwierdziliśmy, że pójdziemy do turystycznej dzielnicy na piechotę. Szybko zarezerwowaliśmy - przez Booking, oczywiście - coś taniego, prowadzonego przez muzułmanów, i od razu się tam skierowaliśmy. Na miejscu - również oczywiście - nie obyło się bez problemów, bo okazało się, że zarezerwowany przez nas pokój z łazienką nie będzie gotowy i mogą nam zaproponować tylko taki bez łazienki, za to taniej. Nie mieliśmy już siły szukać dalej, więc go wzięliśmy i... czekaliśmy pod recepcją szmat czasu, żeby ten pokój odebrać. Wspólna łazienka okazała się dość obleśna, mokra i rozchwytywana, więc trzeba było się czaić na swoją kolej. Pokój był bardzo podstawowy i wyglądało na to, że również mógł być ukochany przez karaluchy, lecz całe szczęście ich nie uświadczyliśmy. W dodatku hotel znajdował się na Soi Rambuttri, niedaleko Khaosan Road, ale było tu dużo spokojniej.

Nie mieliśmy okazji dłużej się nad sobą użalać, bo świat jest mały i okazało się, że w Tajlandii urlop spędza również nasz kolega z czasów licealnych. Trzeba było się spotkać, a jakże. Zmarnowaliśmy już dość czasu, więc... taksóweczka. Tym razem z taksometrem, ale za to z... nadrobioną drogą, bo pan taksówkarz bardzo chciał ominąć korki, co mu się nie udało, za to udało mu się przejechać więcej. Nieważne, trudno, kolega odnalezionyjesteśmy u celu - Wat Pho.

Chociaż byłam zirytowana nierównym traktowaniem płci, tj. "incydentem spodniowym", to jednak było ładnie
Stupy reprezentują przebudzony umysł Buddy - tutaj znajdziecie wiecej informacji
Ciągle znajdowaliśmy coś wartego obfotografowania
Świątynia Leżącego (Odpoczywającego) Buddy jest jedną z większych atrakcji w Bangkoku, a jej najważniejszym punktem jest... tak, leżący Budda. Ale o tym zaraz. Jadąc do Tajlandii, trzeba być przygotowanym na zwiedzanie takich miejsc, czyli być w posiadaniu ubrań zasłaniających kolana i ramiona. Chusta zazwyczaj nie jest skutecznym patentem, a przy znanych miejscówkach kwitnie handel odzieżą. Chyba nie muszę dodawać, że ceny są odpowiednio wysokie. Sama miałam w tym celu kupione spodnie z dopinanymi nogawkami i sportowego t-shirta, które sprawdziły się świetnie. Jakie jednak było moje oburzenie, gdy pan kasjer dał znać naszemu koledze, że jako mężczyźni nie muszą ubierać spodni z długimi nogawkami - w przeciwieństwie do mnie...

Kocia kołyska :)
Podobno w kompleksie jest około tysiąca posągów Buddy
Mnie śmieszy.
Dalej też szału nie było. W cenie biletu jest butelka wody, jednak nie znaleźliśmy stanowiska (lub się skończyły?). Na szczęście był kranik (straaaasznie powolny), z którego napełniliśmy bukłak. W sumie były nawet trzy kraniki - i jeden wolniejszy od drugiego. (Czy kran może być powolny? Hm...)

No, ale wreszcie rozpoczęliśmy zwiedzanie. Kompleks jest naprawdę spory - ma aż 8 ha powierzchni. To podobno kolebka masażu tajskiego - dziękujemy serdecznie za ten dar! Ale jednocześnie szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo w tym miejscu akurat nie skorzystaliśmy z zabiegu. Odpoczywający Budda ma 46 m długości i ciężko go zobaczyć w całości. Leży on sobie w budynku, gdzie zasłaniają go kolumny i tłumy zwiedzających, jednak mimo wszystko robi wrażenie. I ma takie urocze, zadbane stópki. Mnie jego stopy, widziane od spodu, skojarzyły się... ze stopami Króla Juliana. ;)

A przy okazji. skoro już temat nożny - przy zwiedzaniu świątyń należy zdejmować buty, nie tylko w Wat Pho. Trzeba też uważać, by tymi gołymi stópkami nie przywalić w wysokie progi (odstraszające złe duchy, które sobie z nimi nie radziły - a chyba nie chcecie być uznani za złe duchy?).

Zalotne spojrzenie Buddy na skraju nirwany
Ciężko objąć wzrokiem 46 metrów, ale tu mała ściągawka
W świątyni nie skorzystaliśmy z możliwości zapewnienia sobie szczęśliwego życia. Wzdłuż ścian kaplicy z odpoczywającym Buddą znajduje się 108 mis, do których można wrzucić po monecie. Monety kupuje się za parę złotych i wrzuca po jednej do każdej z mis. Chętnie wzięlibyśmy udział w tej tradycji, ale tłok odstraszał, a że nie jest to część naszych wierzeń - zaufaliśmy, że i tak dobre życie nas nie ominie.

A może właśnie się doigraliśmy? Spotkała nas w końcu instant karma. Nie wszystkie świątynie trafiały w nasze gusta. Śmialiśmy się, że niektóre z nich przypominają wiejskie kościółki, pełne kiczu, kolorów, figurek, dywaników. Śmiechy-chichy, a tu nagle... ojej, gdzie jest czapeczka M.? Zwiedzanie w tym upale bez nakrycia głowy - nie polecam. Budda dał nam po nosie za podśmiechujki ze świątyń... ale dał się udobruchać i kiedy odtworzyłam naszą trasę (choć nie było łatwo wśród wszystkich tych budynków i naszego chaotycznego zwiedzania), udało się czapeczkę odzyskać.

Kaplica w stylu małomiasteczkowym ;)
Kaplica z posągiem medytującego Buddy - znajdują się tu prochy króla Ramy I
Zieleń w kompleksie była pięknie utrzymana
Kto rozzłościł tego pana?
Nie wchodziliśmy do każdego budynku, nie zwiedzaliśmy bardzo dokładnie, nie przyglądaliśmy się wszystkim szczegółom. Było gorąco. Byliśmy głodni i zmęczeni. Mieliśmy na ten dzień więcej planów. Werdykt - zmykamy.

W okolicy nie było, czego zjeść, za to było tłumnie, ulice pozamykane, trzeba się było dostać gdzieś, gdzie dojedzie Grab. Zrobiliśmy sobie fotkę, wysłaliśmy kierowcy i po kilkunastu minutach odmawiania "tuk-tukciarzom" w końcu wsiedliśmy w auto. Pojechaliśmy do centrum handlowego, w którym lubił jadać nasz kolega, w bardziej nowoczesnej dzielnicy. Była tam wydzielona strefa z różnymi stoiskami, gdzie płaciło się kartą pre-paid, doładowywaną we wspólnej kasie. Wybór był duży, choć nic nas szczególnie nie zainteresowało - było zwyczajnie smacznie, bez szału.

W centrum mieliśmy jeszcze jedną misję do spełnienia. Wyczytałam gdzieś w internecie, że opłaty z bankomatów Aeon nie są obciążone opłatami (normalnie jest to 220 THB, czyli ok. 25 zł!). Naszukaliśmy się po wszystkich piętrach, ale w końcu uzyskaliśmy pomoc od pani w informacji, która wysłała nas na górę - choć nadal nie było łatwo go znaleźć. Kiedy już zabraliśmy się za wypłacanie gotówki, okazało się, że... opłata jest. Owszem, nieco niższa, bo 150 THB, lecz niesmak pozostał...

Mega-City One?
Nie cały Bangkok jest pięknie zadbany
Wyszliśmy znów na upał, by skierować się ku drugiej atrakcji, jaką zamierzaliśmy zwiedzić tego dnia. Najpierw jednak przyszło nam podziwiać betonowe wiadukty, po których śmigają pociągi z miejskiej kolejki. Czasem występuje ich taka plątanina, że nie można nie mieć wrażenia, że znajduje się w centrum jakiejś dystopijnej metropolii z filmu science fiction. Nie tylko wiadukty składają się na ten obrazek - niekiedy są to też zaniedbane budynki, pnące się ku górze (o Ghost Tower będę jeszcze pisać), tuż obok domów w tradycyjnym stylu czy nowoczesnych biurowców. Gdybyśmy nagle zobaczyli sędziego Dredda, nie bylibyśmy mocno zdziwieni. ;)

No, to teraz nad kanał...



Przydatne informacje:
Atrakcje:
- Wat Pho (200 THB; 8-18)
Bankomaty:
- Aeon - nieco niższa prowizja (150 THB zamiast 220 THB)

sobota, 9 listopada 2019

Birmańskie smaki i chińskie zabawy w sosie tajskim - Kanchanaburi, Tajlandia

Dzień 3 (cd.), Kanchanaburi (Tajlandia)

Pół drogi powrotnej autobusem z Erawan stresowaliśmy się, czy damy radę zakomunikować kierowcy, że chcemy wysiąść wcześniej niż na stacji końcowej. Pomogło śledzenie trasy w komórkowej nawigacji i szybkie zerwanie się do ewakuacji, gdy autobus zatrzymał się na prośbę innych pasażerów (a może na przystanku? - kto to wie!).

Do rafthouse'u wróciliśmy zmęczeni i zadowoleni, ale nade wszystko - potwornie głodni. Już w Erawan rozważaliśmy zjedzenie czegoś z parkowej oferty, ale naprawdę nic nas nie zainteresowało. Tymczasem w naszym domu gościnnym na górnym poziomie znajdowała się restauracja ulokowana na drewnianym tarasie, z widokiem na rzekę Kwai. Internetowe opinie o jakości jedzenia w owym przybytku były w porządku, a my i tak lecieliśmy z nóg, więc ogarnęliśmy się tylko troszkę i zaraz ruszyliśmy celem napełnienia żołądków.

Restauracja w guesthousie - oczywiście na boso
A w menu zaskoczenie. Fakt, że to był początek naszej podróży po Tajlandii, ale podejrzewałam, że taka okazja może się nie powtórzyć, więc wybraliśmy dwie pozycje z kuchni... birmańskiej. Makaron z warzywami i smakowitą sałatkę z orzeszkami ziemnymi. M. wziął dla siebie owoce morza (ble, ble, ble), jako że w Azji są one w przyzwoitej cenie i musiał się tym nacieszyć. To, co nas ominęło, to niestety świeże ryby, które należało zamówić przed godziną dwunastą. Cóż, nie można mieć wszystkiego, ale po takim obiedzie można mieć przynajmniej pełne brzuszki, bo porcje były uczciwe. Razem z napiwkiem wydaliśmy... 300 THB! Takie ceny tylko w Azji.

Wróciliśmy do pokoju odpocząć przed wieczorną eskapadą. Domek delikatnie unosił się na falach, gdy obok nas pływała obwieszona światełkami imprezowa łódź, z karaoke w rytmie disco polo. Nacieszyłam się balkonikiem na rzece, nasłuchałam wieczornego śpiewu kukieli, w sercu zapisałam widok tajlandzkiego słońca, zachodzącego za drugim brzegiem, na którym coś beztrosko dymiło.




Walizki ze szczęściem, czyli sprzedaż losów
A kiedy zrobiło się ciemno, moją uwagę przykuły żywe kolory i podejrzany gwar. Coś wyglądało i brzmiało na dobrą zabawę. To co? Idziemy na poszukiwanie przygody!

Z obolałymi nogami wywędrowaliśmy "na miasto". Zmierzaliśmy w kierunku zabawy, nie wychodząc na główną drogę, tylko krążąc uliczkami i mijając domostwa, gdzie życie toczyło się na zewnątrz, przy pracy w rodzinnym gronie. Potem, przy przechodzeniu przez ruchliwą drogę, uratowałam M. przed niechybną śmiercią pod kołami skutera, prowadzonego przez równie przerażoną, co my, (i wrzeszczącą z tegoż przerażenia na widok samobójczych turystów) dziewczynę. Serio, oczy trzeba mieć dokoła głowy.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że odbywa się naprawdę spory festyn. Mnóstwo stoisk, muzyka, tłumy, loterie, występy, film na dużym ekranie, neonowe ozdóbki (to one tak ładnie świeciły mi na tym balkonie?). O co chodziło? Po terminie i wszędobylskich chińskich symbolach wywnioskowałam, że muszą to być jeszcze obchody chińskiego Nowego Roku.

Przepiórcze jaja za trochę ponad złotówkę



To, co nas interesowało najbardziej, to jak zawsze jedzenie. :) Pyszności za śmiesznie niskie ceny. Może niekoniecznie popcorn z ręcznie obracanego kosza czy smażone owady, lecz przepiórcze jaja na patyku, omlet (?), z surówką, cola w zwrotnej butelce (wypiliśmy na miejscu, gapiąc się na pokaz tańca), mrożony słodki napój, coś na śniadanie - i to wszystko za jedyne 125 THB. Kiedy dziś przeglądam zapisy z wydatków, to ciężko mi w to uwierzyć, ale w odnotowywaniu wydawanych pieniędzy byłam naprawdę skrupulatna... :)






Zmęczeni potokiem ludzi, zapachami i hałasem udaliśmy się jeszcze nad staw, wgłąb parku, gdzie mogliśmy obejrzeć tył ekranu, na którym projektowany był film (widzieliśmy wszystko, ale niekoniecznie udało nam się pojąć akcję...), oraz dziwny okrągły budynek.

O bardzo porannej porze mieliśmy pociąg do Bangkoku, więc trzeba było się zbierać do domku. Pewnie i powrót byłby całkiem miły, gdyby nie... OBRZYDLIWY KARALUCH NA ULICY, na którego prawie wlazłam, bleee... i oto mogłam odhaczyć tajlandzkiego karalucha na liście to-see-in-Thailand. Potem jeszcze tylko wolno biegający pies, który wyglądał, jakby mógł nas zarazić wścieklizną (ale znaliśmy go już, był z okolicznego psiego gangu) i w ten sposób dobrnęliśmy do końca pobytu w Kanchanaburi.


Przydatne informacje:
Nocleg i restauracja: VN Guesthouse (ok. 80 zł za raft house)
Atrakcje: park, gdzie odbywał się festyn

niedziela, 27 października 2019

Pluskając się z ludożernymi rybkami - Erawan, Tajlandia

Najpierw okrągłe urodziny nad jeziorem, potem rocznicowy wyjazd do Bergamo, następnie wyjazd służbowy - i w ten sposób wypadłam z weekendowego rytmu pisania... ale już jestem.

Dzień 3 (cdn.), park narodowy Erawan (Tajlandia)

No więc przeliczyłam się, wierząc, że wyprane ciuchy są w stanie wyschnąć przez noc. Nawet w tropikach w porze suchej - po prostu nie ma mowy. Zostałam bez sukienek i bez spodni. Co mi pozostało? Mąż. To znaczy jego ubrania. I to nic, że jest o głowę wyższy i, ekhm, odrobinę grubszy. W biodrach jednak - przyznaję bez wstydu - jesteśmy w miarę równi, więc co szkodziło spróbować. I w ten sposób cały dzień przyszło mi paradować w spodenkach M., związanych jakimś sznurkiem, bo jednak spadały mi z pupy.

Plan na ten dzień był jasny. Jak najszybciej dostać się do parku wodospadów, czyli Erawan. Jest to główny cel turystów w tych stronach, a Kanchanaburi jest ich główną bazą wypadową. Do parku jeździ stąd autobus, od ósmej rano mniej więcej co godzinę.

Mercedes - nie ma to tamto! A mój outfit nawet dopasowany. (Poznajecie te dwa byczki?)
Ściągnęłam więc M. z łóżka i nadałam tempa naszemu dwukilometrowemu marszowi na dworzec autobusowy. Było rano - i było daleko. Co jakiś czas sprawdzaliśmy nawet nawigację, bo było wręcz za daleko, a myśmy szli prosto i prosto główną drogą. W końcu jednak skręciliśmy w ulicę w lewo, a tam już widoczny był dworzec. Odpowiedni autobus (8170) znaleźliśmy bez trudu, bo anglojęzyczny ochroniarz sam nas zaczepił. Nie miał jednak dobrych wieści. Może i byliśmy przed czasem, ale nie my jedni. Autobus był pełny. Mogliśmy jechać na stojąco lub czekać na następny.

O dziwo, wybraliśmy drugą opcję, chyba głównie ze względów bezpieczeństwa, ale też wygody, bo czekałaby nas godzinna jazda, a potem cały dzień chodzenia. Później widzieliśmy takich desperatów i cieszyliśmy się, że odpuściliśmy. W oczekiwaniu poszliśmy więc na karmelową kawę za 30 THB i przeszliśmy się po mało ciekawej okolicy pełnej sklepików.

W końcu jednak zasiedliśmy w kolorowym, klaustrofobicznym autobusie, który w jedną stronę kosztował zaledwie 50 THB od osoby. Kierowca co jakiś czas zbierał turystów z ulicy, więc też jest to jakaś opcja, ale ja bym nie ryzykowała. W międzyczasie zajechał też na stację benzynową zatankować - ku uciesze podróżnych - bez gaszenia silnika. Całą drogę przejechałam, starając się zakryć przed powiewami powietrza, wdzierającymi się do wnętrza przez szeroko otwarte okna.

W tajlandzkich autobusach można być naprawdę blisko kierowcy
Pisząc "klaustrofobiczny", miałam na myśli właśnie to
Erewan to park narodowy i jako taki ma płatne wejście - 300 THB od osoby. Ciężko jednak wyjść stamtąd niezadowolonym. Nawet jeśli ktoś widział bardziej widowiskowe wodospady, warto tę opłatę uiścić. Pobierana jest ona już w autobusie, który zatrzymuje się po prostu przed punktem kontroli.

Autobus dowozi pod wejście, gdzie można coś zjeść, skorzystać z łazienki, poczytać o parku czy zakupić kiepskiej jakości pamiątkę. Albo lody. To znaczy wodę, miałam na myśli wodę, oczywiście... Do parku jako takiego nie można wnosić jedzenia, są nawet punkty gdzie można pozostawić, a później odebrać swoje rzeczy. Głównymi winowajcami takiego stanu rzeczy są zwierzęta, a dokładniej małpy, które podobno mają w zwyczaju kraść turystom ich jedzenie. My żadnych przygód ze złodziejami pożywienia nie mamy. A przynajmniej tak nam się zdawało, bo po powrocie do Polski w naszym plecaku zauważyliśmy podejrzaną dziurę wraz ze śladami zębów na schowanym w nim batoniku... Kiedy, jak, gdzie to się stało - stanowi dla nas zagadkę.

Spodenki męża szybko zastąpił mi ręcznik. Nie zapomnijcie strojów kąpielowych!
Erawan ma siedem poziomów wodospadów. W ciągu dnia można wdrapać się na nie wszystkie i jeszcze chwilę pomoczyć się w wodzie, jednak my już straciliśmy jedną godzinę z rana, ostatni autobus powrotny odjeżdża natomiast około szesnastej (tak, w Tajlandii trzeba się streszczać).

Pierwszy poziom jest dostępny dla każdego dzięki prostej wybetonowanej ścieżce. Drugi zachęca do kąpieli i bywa pierwszym spotkaniem z rybkami z rodziny Garra Rufa. Napisałam "rybkami"? No cóż, w salonach kosmetycznych, w których można zasmakować peelingu stóp wykonywanego przez te zwierzątka, może i są "rybki". Ale w Erawan pływają prawdziwe bestie! Okazało się na szczęście, że największe okazy nie są zainteresowane połykaniem stóp w całości, a wręcz oddają całe pole do popisu swoim mniejszym pobratymcom, które skubią turystów, wystawiając ich na próbę wytrwałości - kto ile wytrzyma. Ja okazałam się kiepskim zawodnikiem. Uczucie podgryzania było dla mnie dziwne i nawet trochę bolesne, co kwitowałam nieukrywanym lamentem. M. wykazał się większym męstwem. Wyższe poziomy są bardziej skryte w cieniu, co skutecznie zniechęciło mnie do zmoczenia się bardziej niż do kolan. Po prostu było mi zimno. Czwarty poziom umożliwia skorzystanie ze skał jak ze zjeżdżalni. Jako marni pływacy nie skorzystaliśmy z tej atrakcji. Mnie oczarował piąty, kaskadowy poziom. Co odważniejsi szli w jego głąb lub przechodzili na drugą stronę. Widząc, jak kończy się to dla nich bolesnymi upadkami (było naprawdę ślisko), postanowiłam oglądać ten cud przyrody z bezpiecznego brzegu.

Ryby Garra Rufa na drugim poziomie
Poziom trzeci - mniej tłoczny i chłodniejszy
Im wyżej, tym trudniej się wspinać, bo trasa prowadzi po skałkach. Ze względów bezpieczeństwa zaleca się (poza oczywistym spryskaniem się przeciw komarom) nosić kryte buty, ale oczywiście, że byliśmy w sandałach - przynajmniej tyle, że sportowych. Nawet w drodze na autobus rozważałam, czy nie wrócić się po "adidasy", lecz przecież wspominałam, że to było taaak daleko... W każdym razie daliśmy radę, nie było większych problemów, a nawet - gdy nam stópki zmokły - mniej to nas drażniło. Różnie jednak w życiu bywa i dobrze, że nie musieliśmy sobie pluć w brody, że zignorowaliśmy zalecenia.

Czwarty poziom - z naturalną zjeżdżalnią dla żądnych emocji
Śliski poziom piąty (byli tacy, co przypłacili przejście upadkiem...)
Poziom szósty i siódmy odpuściliśmy. Trochę w związku z ograniczeniami casowymi, trochę przez brak tych przeklętych krytych butów, ale najbardziej ze względu na doświadczenie życiowe, które podpowiadało nam, że w porze suchej nie ma co liczyć na spektakularne widoki. Przeżyliśmy to w USA, ekscytując się wycieczką do Yosemite - parku również słynącego z wodospadów. W naszym przypadku - wyschniętych, ledwie kapiących z krawędzi strumyczków... (W tym roku znów się na to nabraliśmy - nad jeziorem Como.)

Zgodnie z zapowiedziami po drodze rzeczywiście spotkaliśmy małe stadko małp. Te jednak nie łobuzowały, grzecznie siedząc w koronach drzew. Właściwie w ogóle nie zwrócilibyśmy na nie uwagi, gdybym nie zauważyła ludzi, którzy z zainteresowaniem zadzierali głowy ku górze. Widokiem, którego nie dało się natomiast przeoczyć, były (nieco groteskowe - okiem zachodniego turysty) manekiny odziane w wyblakłe materiały, często schowane pod folią. Podobno mają one zapewniać ochronę przed powodziami jako taka mała forma przekupstwa duchów, zamieszkujących ten las.

Nasza pierwsza małpa w Tajlandii - i bodaj pierwsza na dziko
Jakiż duch oparłby się tym ciuchom?
Wycieczkę do Erewan uznaliśmy za udaną. Lubimy wodospady i trochę ich już w życiu widzieliśmy, toteż wielkiego efektu wow może nie było. Za to nie zawsze można się popluskać z gigantycznymi, ludożernymi rybkami, więc za to punkcik do unikalności parku. Na pewno uroku temu miejscu dodałaby intymność, bo zwiedzających jest masa. Jeśli ktoś ma możliwość przybycia tu w porannej aurze, zaraz po otwarciu, to podejrzewam, że wrażenia z trasy muszą być niezwykłe.

Aby nie powtórzyć błędu z rana, na przystanek udaliśmy się zawczasu, dzięki czemu bez problemu zajęliśmy miejsce w powrotnym autobusie. Siedzieliśmy jednak jak na szpilkach, obserwując świat za oknem, żeby skorzystać z okazji i wysiąść na wcześniejszym stopie - byle bliżej naszego lokum! Udało się. Wysiedliśmy w okolicy pamiątkowego cmentarza, zaoszczędzając troszkę sił na wieczorne włóczenie się.


Przydatne informacje: