Moje relacje

piątek, 10 stycznia 2014

Szok kulturowy: Początek, czyli Polka w Chinach

Ostatni fragment wpisu z pierwszego dnia mojego pobytu w Chinach. Trochę zdążyłam się w nim wyżalić... a pasmo nieszczęść jeszcze nie skończyło dawać mi w kość.

Wypis z pamiętniczka:

06.11.2011. cd.

Chinki Amy i Alexis - bo trzeba Wam wiedzieć, że ci bardziej światowi przedstawiciele chińskiej społeczności nadają sobie angielskie imiona dla łatwości komunikacji z obcokrajowcami, ja z kolei jestem w skrócie nazywana Ali - okazały się naprawdę miłe. W Starbucksie wydałam tyle, co w Polsce, albo i więcej, ale oto byłam w Pekinie, halo! Jadąc do miasta autobusem zauważyłam pierwsze oznaki tego, że nie jestem w Europie. Wieżowce z dołu  równie brzydkie, co z góry. Te w Polsce wydają się w porównaniu do nich… przytulne?
Jednak ruch drogowy to już jest coś, co raduje mnie niemiłosiernie! Nie panują tu żadne zasady, a wszyscy sobie świetnie radzą! Można się nie trzymać swojego pasa, wpychać z podporządkowanej, udawać, że nie ma czerwonego światła, nie używać kierunkowskazów, bo kluczem do sukcesu jest TRĄBIENIE. Trąbi się z każdego powodu i – jak wynika z moich obserwacji – ma to na celu po prostu ogłoszenie światu, że się jedzie. Trąbi się mijając rowerzystę, trąbi się na widok wchodzącego na ulicę pieszego, trąbi się włączając do ruchu, trąbi się wyjeżdżając zza zakrętu, trąbi się jadąc innemu autu na czołówkę, bo akurat się coś mija. Co więcej, to, że jedziesz swoim pasem, wcale nie znaczy, że masz pierwszeństwo przed tym, który jedzie nim z naprzeciwka. Kto pierwszy, ten lepszy albo kto większy, ten ważniejszy. I nikt się tu tym nie denerwuje. Pasów nikt nie zapina. Chyba nie jest to aż tak śmiertelnie niebezpieczne, w końcu nie widziałam nawet jednego otartego auta... hm, zaraz, a może po zderzeniu pojazdy nadają się tylko do kasacji?


Przedmieścia Pekinu widziane z taksówki - te bloki nie są akurat złe
Gdy dotarłam do centrum (bo to chyba centrum, ciężko stwierdzić w takiej metropolii), już stuprocentowo poczułam się jak w Chinach. Byłam wielce dobrej myśli, podekscytowana jak sto dwadzieścia. Zdecydowałyśmy się pojechać do szpitala, bo w niedzielę to tam najłatwiej dostać się do lekarza. Niestety, na miejscu okazało się, że w International Department nikt nie rozumie po angielsku. Sytuacja jak z komedii, choć dla mnie akurat nieśmieszna. Zadzwoniłam do agenta ubezpieczeniowego, żeby sprawę załatwić i zostałam poproszona o numer kontaktowy do szpitala. Dostałam wizytówkę i powiedziano mi, że mogę podać którykolwiek numer. Kiedy się rozłączyłam, dowiedziałam się, że podałam fax. Prawo Murphy'ego. Zadzwoniłam ponownie, podałam drugi numer – do recepcji, przy której stałam, bo tak mi polecono. Odbiera recepcjonistka, która kazała mi podać ten numer, robi głupią minę, po czym podaje mi słuchawkę, bo ona przecież nie mówi po angielsku. Cała ta tragikomedia trwała dobrą chwilę, więc lekarze przestali już pracować. Litości.

Zrezygnowane pojechałyśmy do „domu” - tej nocy miało to być dla mnie biuro tejże studenckiej organizacji. A właściwie to umowne „biuro”, ponieważ okazało się, że jest to mieszkanie wynajmowane w obskurnym bloku (na klatce schodowej śmiało można kręcić horrory, szczególnie, że na moim piętrze nie działało światło), zaś w środku ów „biura” panuje nieład taki, że moja mama nie oskarżyłaby mnie już o bałaganienie. Spłuczka w toalecie nie działa – trzeba spłukiwać wodą z miski (spoko, swego czasu tak było nawet u mojej babci na wsi). W kranie tylko zimna woda. Słuchawka do prysznica jest, ale gorzej, że nie ma kabiny ani nawet spływu w podłodze. Byłam zdruzgotana. W dodatku łóżek tutaj nie można nazwać inaczej niż po prostu deskami. Nie wiem, może to zdrowo. Okna oczywiście nieszczelne, a w dodatku nieokratowane (sic!), w przeciwieństwie do typowych mieszkań na pekińskich blokowiskach.

Za to "na szczęście" kraty znalazły się na klatce schodowej w oknie wychodzącym na... ścianę.
Nikt nie potrafił powiedzieć mi, co ono tam właściwie robi.
Kiedy moja organizacyjna opiekunka poszła, a ja zostałam sama, nadeszła pierwsza chwila załamania. Spotykały mnie same klęski. Umyłam się w umywalce z zimną wodą, zmieniłam ciuchy i w tym momencie do mieszkania weszła druga praktykantka. Dziewczyna z Gruzji. To było światełko w tunelu. Świetnie nam się gadało, okazało się, że mamy wspólnego znajomego, który był w Polsce na wolontariacie w prowadzonym przeze mnie projekcie (jaki świat jest mały! - albo przynajmniej Gruzja). W ogóle cieplej się na sercu robiło, do czasu, gdy na jaw wyszło, że koleżanka odbyła już swoją praktykę i niedługo wraca do siebie. Głupio mówić, ale w dzień mojego przyjazdu poczułam się zazdrosna, że ona zaraz wraca do domu.

Koloryt klatce schodowej nadawały przynajmniej numery telefonów.
Przespałam się troszkę, przyszła reszta ludzi z organizacji, trochę się przywitałam, nawet nie oszukując się, że zapamiętam jakieś imię lub którąś z twarzy. Wieczorem wyszłam (niechętnie, gdyż prędzej pasowałam do dogorywania w łóżku) jeszcze z dwoma Chinkami i Gruzinką do knajpki na kolację. Mam tu na myśli bar z menu tylko po chińsku, bardzo jasnym oświetleniem i szefem, który pali papierosa pod znakiem „No smoking”. Nie wiem, czy to wina mojego przeziębienia, czy tutejszego jedzenia, jednak tam, gdzie jest coś pichcone, panuje okropny smród. Tak mdły, że odechciewa się czegokolwiek próbować. Chyba pozostanę przy gotowanej gorącej kolbie kukurydzy z ulicy, ta smakowała jak swojska. Trzeba być jednak grzecznym i nie głodzić się na śmierć, więc wzięłam się w garść. Na szczęście zupa won-ton z pierożkami też okazała się zjadliwa. Odetchnęłam z ulgą.

W nocy nie mogłam spać. Przez zatkany nos nie dawałam rady oddychać, miałam spierzchnięte usta, było zimno. Świetny start w Chinach. Dwudziestoczterogodzinne opóźnienie i choróbsko. O warunkach, jakie tu zastałam, nie wspominam. Nie, żebym oczekiwała luksusów jako rozpieszczona Europejka. Tylko, że na pewno lepiej bym to wszystko zniosła będąc zdrową i wypoczętą. Los nie chciał być łaskawy.

Ali 

czwartek, 9 stycznia 2014

Droga przez mękę, czyli podróż do Chin


Wypis z pamiętniczka [tekst w kwadratowych nawiasach to moje dzisiejsze wtrącenia]:

06.11.2011 cd.

Trudno. Jestem niezaszczepiona, a nadszedł dzień wyjazdu. Zaczął się lekki stres, bo powoli brakowało czasu – milion spraw do załatwienia, zapominalstwo, niekompetencja ludzi... ale oto zostałam odwieziona na dworzec autobusowy. Pożegnania, machanie przez szybę, zmartwiona mama, ja jeszcze nieporuszona. Z Warszawy było mi taniej lecieć z przesiadką w Niemczech, niż z samych Niemiec bezpośrednio (gdzie tu logika?), więc po całonocnej podróży byłam już odebrana przez kolegę ze stolicy i mogłam oczekiwać na lot. Na lotnisko wybraliśmy się odpowiednio wcześniej, żeby nie było nerwów. Bagaż główny nadany, zrobienie z siebie idiotki przy sprawdzaniu bagażu podręcznego załatwione („Proszę wyciągnąć laptopa z plecaka”, „Ale proszę go dać do osobnego koszyka”, „A po co pani te pałki?” - pałkami okazały się odblaski dla dzieci, które po zderzeniu z ręką same się na niej rolują), bramka odnaleziona. Zostałam poinformowana o półgodzinnym opóźnieniu, które miało nie wpłynąć na moją przesiadkę. Oczywiście wpłynęło, bo w efekcie lot opóźnił się ponad godzinę, więc mój drugi samolot odleciał 15 minut przed moim przylotem do Niemiec. Na marginesie, gratuluję ludziom odpowiedzialnym na Okęciu za ogłaszanie przez głośniki ważnych dla podróżujących informacji. Wygłaszanie dwóch takich informacji naraz przez różnych ludzi jest bardzo pomocne. Szczególnie zagraniczni turyści  na pewno wiedzą, co jest grane.

A więc stoję w kolejce do przebookowania biletu z Monachium do Pekinu. Przyszła moja kolej, ale zaraz, zaraz, ta pani się tym nie zajmuje, proszę pójść do drugiej. Czekam, doczekałam się, mam do wyboru parę opcji. Pomimo mojej chęci obejrzenia Hong Kongu serdecznie dziękuję za kolejny lot z przesiadką. Lot chińską czy ruską linią? Nie, dziękuję, zapłaciłam za lot niemiecką, bezpieczną (i spóźnialską...) linią i to właśnie nią chcę lecieć. Och, pozostaje mi lot za 24 godziny i hotel z wyżywieniem? Niech będzie, odpocznę. Wi-fi, żeby poinformować ludzi o moim całodziennym spóźnieniu? Płatne jak cholera.
Hotel okazał się być w porządku. Komputery z Internetem do użytku gości, wi-fi 6 euro. Jako biedna studentka przystałam na pierwszą opcję. Wszyscy powiadomieni, mogę spać spokojnie. Oczywiście Monachium nie zwiedziłam, bo centrum było poza moim zasięgiem, ale obejrzałam sobie niemiecką telewizję, przespałam się (po raz ostatni) na miękkim łóżku, wzięłam (po raz ostatni) ciepły prysznic (cóż, w ogóle ostatni do tej pory prysznic, o czym później). I tylko kolacja była paskudna. Śniadanie lepsze, bo nie można nic zepsuć w kupnym dżemie i bułkach. Po lunch się nie pofatygowałam, gdyż byłam chyba jedyną osobą w hotelu, której on przysługiwał, a byłam pewna, że nie będę w stanie go przełknąć. Powód? Nie miałam już wyłącznie stanu podgorączkowego przez kolejny dzień, ale spuchły mi też węzły chłonne, zaś prawy zaczął boleć tak, że już nic nie chciałam jeść, jedynie pić gorącą herbatę. Mierzenie temperatury przed szczepieniami ma jednak sens.

Monachium podróż hotel Chiny Pekin
Jeszcze nie wiedziałam, jak zatęsknię za europejskimi, miękkimi łóżkami

Wyruszam ponownie na lotnisko. Elegancko, bo zamówiono mi busika. „Odpowiednio wcześniej” okazało się być nawet „za wcześnie”, bo na lotnisku wszystko poszło niemożliwie sprawnie. Czekam na samolot. Nudy, idę do Internetu. Mam 4,5 euro. Internet w sumie 1 euro, picie 1,6 euro. 1,9 euro będę miała na powrót.
Samolot spóźnienia nie miał. Był wieeelki, miał chyba dziewięć miejsc w rzędzie i piętra. Zajęłam siedzenie przy oknie [od tamtej pory wiem, żeby siadać przy przejściu w czasie długich lotów], obok bardzo pomocnej Niemki. Chyba odczuwała wobec mnie instynkt macierzyński, kiedy widziała mnie nieporadną. W „Entertaining program” mogłam wybrać sobie całkiem nowe filmy (u mnie, tak jak u Niemki, poszło „Friends with benefits”, cobym mogła się popatrzeć na śliczną Milę Kunis), fajne seriale („Rockefeller Plaza 30”, „Glee”), płyty CD (Lamb) i tak dalej. Jedzenie, niestety, znowuż niedobre. Niemiecka przypadłość? A zresztą, i tak ledwo co zjadłam, bo choróbsko nie ustępowało.
Kiedy zaczynamy zniżać lot, uszy mi się zatykają, głowa boli, a ma to trwać pół godziny. Oj, lubię latać do Londynu. Wtedy to trwa tylko chwilę. Odsłaniam okno. Przyjemna pogoda, ale też pierwsze rozczarowanie. Obrzeża Pekinu oglądane z nieba nie są ładne. Wcale. Miałam wrażenie, że widzę  procesor albo budowle z klocków LEGO. Grupka identycznych wieżowców. Jeden obok drugiego, wokół wyschnięta ziemia z jakimś gruzem i znowu kupa takich samych budynków. Uspokoiłam się, że w centrum przecież będzie lepiej (i rzeczywiście było).

Lotnisko w Pekinie jest tak duże, że funkcjonuje na nim kolejka
- na szczęście wszystko jest świetnie opisane i nie sposób się zgubić


W dodatku pekińskie lotnisko wyposażone jest w jakieś śmieszne bramki, które chyba mają za zadanie sprawdzać stan zdrowia pasażerów. Skoro Azjaci noszą maseczki na twarz w miejskim transporcie, nic dziwnego, że chcą kontrolować, żeby obcy im nie naprzywozili złego. Tylko ile się stresu przez to najadłam z moją gorączką... Albo miałam szczęście, albo ich bramki były tylko dla picu, bo przeszłam bez problemu.
Żałowałam tylko, że jedną z pierwszych kwestii, które poruszę z odbierającymi mnie z lotniska Chinkami, jest to, że muszę się zobaczyć z lekarzem.

cdn.
Ali

środa, 8 stycznia 2014

Złe dobrego początki

Zaczęło się od wstąpienia do organizacji studenckiej (nazwy z premedytacją nie podaję) za namową koleżanki. O takich organizacjach różnie się mówi. Ja co prawda już zrezygnowałam, ale polecam każdemu spróbować. Zawsze się czegoś nauczy, pozna ludzi z całego świata i może gdzieś wyjedzie - jak ja. Ogromne możliwości.

Wypis z pamiętniczka [tekst w kwadratowych nawiasach to moje dzisiejsze wtrącenia]:

06.11.2011

A więc jestem w Pekinie. Uwierzyłam po przyjeździe, bo wcześniej mój rozum nie potrafił ogarnąć tego, że wkrótce ja – Polka z krwi i kości – znajdę się tyle tysięcy kilometrów od domu, na innym kontynencie, wśród nieznanych mi ludzi.
Zacznijmy od początku, a więc od pomysłu...

Działam w międzynarodowej organizacji studenckiej, która organizuje wolontariaty i praktyki. Sama prowadziłam dwukrotnie projekt, w ramach którego do Polski przyjechali studenci z krajów takich jak Ukraina, Rumunia, Włochy, Gruzja, Brazylia, Kanada, Chiny oraz Malezja i pracowali w przedszkolach. To przyjemne uczucie móc komuś pokazać swój kraj, pomóc mu się w nim odnaleźć, być swoistym opiekunem i przewodnikiem na obcej ziemi, próbując się jednocześnie stać bratnią duszą, która pozwoli poczuć się jak w domu.
Uważałam, że mamy skromne warunki (och, jak bardzo się myliłam), ale niczego do życia praktykantom nie brakowało (a tu miałam rację).
Skoro ludzie z odległych krajów przyjeżdżali do mojego kraju – czemu miałabym się nie wybrać do nich? Po takiej myśli przyszedł czas na decyzje i działanie.

Wykorzystałam wakacje i początek jesieni do odbycia moich praktyk studenckich, aby mieć wolny czas na podróż zimą. Dlaczego zimą? Ano, moim pierwszym pomysłem był wyjazd do Indii. W nasze lato panuje tam pora deszczowa, więc wysnułam wniosek, że lepiej wybrać się tam w tym bardziej turystycznym sezonie. Kultura hinduska mnie oczarowuje – kolory, przywiązanie kobiet do rodziny (dla kogoś, kto wychował się na Larze Croft, to nie takie oczywiste), obce nam tradycje i religia (pomijam kontakt z Hare Kriszna na Przystanku Woodstock), piękna architektura, smaczna kuchnia [dziś jestem ostrożna z takimi stwierdzeniami, aż kraju nie odwiedzę]... ale stchórzyłam. Pomyślałam sobie, że nie jest to dobry kraj do zapoznania się z Azją. Bieda, bród, karaluchy, natręctwo mężczyzn, trudności w poruszaniu się komunikacją miejską, komary, temperatura, sławne w mediach gwałty – to wszystko mogłoby mnie zniechęcić do tego kontynentu. Teraz myślę, że chyba nie popełniłabym większego błędu jadąc tam, niż do Chin. Szok kulturowy byłby ten sam. [Z perspektywy czasu uznaję, że jednak mogłoby być gorzej.]

Zaczęłam rozglądać się za innymi państwami, głównie w Azji (jak już jechać zwiedzać świat, to hen, w najlepsze, tam, gdzie w zwykłe wakacje nie miałabym szans pojechać, a co będę sobie żałować). Owszem, pojawił się też Mauritius (Boże, jak chciałabym wylegiwać się tam teraz na plaży...), ale głównie Indonezja, Tajwan, Chiny... Szukałam pracy z dziećmi, żeby ten wolontariat miał też jakiś wyższy sens – pomoc innym. Znalazłam! Praca w szkole dla dzieci migrujących z terenów wiejskich. Ekstra! Noclegi, wyżywienie zapewnione – czego chcieć więcej? Zgłosiłam się, dostałam bez problemu, zakupiłam bilet lotniczy, wybrałam się do stolicy po wizę, ubezpieczyłam się – gotowe! Z małym wyjątkiem. Do Chin nie ma szczepień wymaganych, są tylko zalecane. Większość z nich, z racji mojego wieku, miałam ważnych. Zostało mi WZW A i dur brzuszny. Na żółtaczkę, owszem, udało mi się zaszczepić. Tu jednakowoż zaczyna się pasmo nieszczęść. Nie mogłam wykonać od razu drugiego szczepienia, bo zabrakło mi w tym momencie pieniędzy – sytuacja była podbramkowa, a koszta niemałe. Przez to nie udało mi się zrobić szczepienia przeciw durowi brzusznemu wcale. Najpierw się rozchorowałam, potem myślałam, że mi przeszło, ale co nie pojawiłam się w przychodni, to miałam stan podgorączkowy bez widocznych jakichkolwiek innych objawów choroby. Naprawdę dobrze się czułam, więc sytuacja wkurzała mnie do granic możliwości. Taki błahy powód, żeby pojechać do Azji niezaszczepionej! [Drugiej dawki szczepienia nie przyjęłam do tej pory…]

cdn.

Ali

wtorek, 7 stycznia 2014

Co, jak i dlaczego

O założeniu bloga myślałam właściwie już od samego wyjazdu. Sama nie wiem, jak to się stało, że zwlekałam z tym aż dwa lata. Wiem natomiast, co mnie zmobilizowało, by wreszcie przezwyciężyć własne lenistwo czy niepewność i napisać pierwszą notkę. Jest to planowanie kolejnego wyjazdu, w którym pomaga mi przeglądanie innych stron, oraz wdzięczność za to, że ktoś postanowił podzielić się swoimi radami i wrażeniami. Dzięki temu ja czuję jeszcze większą ekscytację na myśl o kolejnej przygodzie, a jednocześnie jestem spokojniejsza wiedząc, że ktoś już to kiedyś przerabiał i dał radę. Może również komuś pomogę?

Co nazywam swoją przygodą życia? Na tę chwilę jest to wyjazd do Chin w 2011 roku. Spędziłam prawie dwa miesiące w Pekinie i niecały tydzień w Szanghaju. Umożliwiła mi to organizacja studencka i wolontariat, na który się zdecydowałam. Nie zarobiłam na tym ani grosza, ale za to zyskałam całe mnóstwo cennych wspomnień, a także poznałam siebie i doceniłam możliwości, jakie stawia przede mną świat.

W prowadzeniu tego bloga będę posiłkowała się pamiętnikiem, który prowadziłam w czasie mojej nieobecności w Polsce, oraz mailami do rodziny, w których starałam się jak najlepiej przekazać im, co u mnie słychać. Im bliżej było do mojego powrotu do ojczyzny, tym mniej wylewna byłam... może czytając moje wyznania, zrozumiecie dlaczego. Te braki postaram się nadrobić swoją obecną inwencją... ha.

Kultura Chin jest kompletnie różna od naszej, dlatego moje odczucia wobec tego azjatyckiego mocarstwa są ambiwalentne. Na pewne sprawy inaczej patrzy się będąc tam, a inaczej tutaj. Upływ czasu zapewne również zmienia perspektywę, tak samo, jak nasze życiowe doświadczenia. Opowiem Wam swoją historię, ale pamiętajcie, że ktoś inny mógłby to widzieć zupełnie inaczej. Pytajcie, komentujcie - dajcie znać, co o tym myślicie. Ja mam tylko nadzieję, że odnajdziecie w czytaniu tego bloga jakąś przyjemność, lecz przede wszystkim, że zainspiruje on kogoś do zdobycia się na podobną przygodę - przygodę życia.

Ali