Coś tu śmierdzi… być może płonący pociąg, a być może clickbaitowy tytuł posta. A może i to, i to? Ale od początku...
Kiedy wybieramy PKP jako środek transportu, jedziemy odpowiednio wcześniej. To znaczy zawsze dajemy sobie margines bezpieczeństwa, ale jazda pociągiem ma swoją sławę nie bez powodu. Mając więc lot w sobotnie popołudnie, wyjeżdżaliśmy już w to piątkowe. Usiedliśmy w wagonie bezprzedziałowym, który znacznie wolę. Pomimo że jest tam więcej ludzi, i tak uważam go za bardziej kameralny. Przynajmniej nikt się na mnie nie patrzy i nie trzeba z nikim prowadzić grzecznościowych konwersacji. Jechało się nie najgorzej, ale gdzieś około dwóch godzin przed końcem podróży usłyszeliśmy zdenerwowane głosy.
“Pali się!” - wyrokowała jakaś pani.
Wszyscy patrzyli po sobie, trochę było strachu (że wszyscy pomrzemy), trochę żartów (że - ha ha - wszyscy pomrzemy), dużo dezinformacji, tylko dlatego, że ktoś coś słyszał, że “jakaś pani powiedziała…”. Ale stanęliśmy na stacji i rzeczywiście okazało się, że zapach spalenizny oznacza, że COŚ się dzieje pod pociągiem (pracownicy świecili latarkami, chyba nie bardzo wiedząc, co jest tak naprawdę grane). Werdykt: trzeba odłączyć jeden z wagonów. Lepiej to niż spalenie. Zostaliśmy jednak postawieni przed wyborem: minimum 60 minut opóźnienia kontra przesiadka do eIC bez miejscówek. Nie uwierzyliśmy w godzinne opóźnienie (słusznie, jak się okazało) i resztę podróży spędziliśmy przy drzwiach toalety w innym pociągu.
Miłe złego początki. Wróć! Miało być zupełnie odwrotnie.
Następnego dnia mieliśmy popołudniowy lot linią Qatar Airways, więc z przesiadką w Doha. Boarding odbywa się strefowo, co jest niegłupim pomysłem. To znaczy, że pasażerowie, którzy siedzą na tyle samolotu, wchodzą pierwsi i tak dalej. A to właśnie my - ci ostatni, będący pierwszymi - żyjący przeświadczeniem, że najłatwiej przetrwać katastrofę, siedząc z tyłu... :) (Jest też bliżej do WC.)
Nom om om om... |
Ach, steward… do tej pory pamiętamy z M. jak nazywał się przystojny steward, który skradł moje serce w czasie pierwszego lotu w życiu. Ten z lotu do Doha w niczym mu nie ustępował, więc pewnie troszkę za często wychylałam się, by mieć lepszy widok (choć to zupełnie nie mój typ urody). Cała obsługa lotu była sympatyczna, uśmiechnięta, pomocna i bardzo dobrze wyglądająca. Z obsługą lotu Doha-Bangkok było ciut gorzej, ale nie tak, żeby narzekać. Po prostu jakoś mniej uśmiechu było w tym wszystkim.
Lot, jak zwykle, uprzyjemniają filmy, muzyka, gry, audiobooki, a nawet można poczytać Koran. To znaczy, jeśli zna się arabski. Co więcej, można wybrać jednego z dwóch lektorów - opisy były takie, że pewnie ciężko byłoby mi zdecydować - legenda wśród lektorów Koranu czy pięknie interpretujący wschodzący gwiazdor?
Doha z lotu ptaka |
A na filmiku - zagadkowy misiek z głową w lampie, czyli najbardziej znana "atrakcja" lotniska w Doha :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze mile widziane! :)